DZIEDZINIEC ZAMKU PIASTÓW ŚLĄSKICH W BRZEGU

 

Pierwszy raz zobaczyłam zamek w Brzegu na początku lat 50-tych, najpewniej w czasie szkolnej wycieczki. Zapamiętałam z ówczesnego dziedzińca jedno przęsło krużganków na trzech kondygnacjach, tuż obok bramy (dużo później dowiedziałam się, że była to makieta gipsowa). Przęsło to, postawione niedługo przed wojną, było wyrazem poglądu niemieckich konserwatorów na domniemany wygląd dziedzińca zamkowego przed zniszczeniem (il. 1)

1. Fragment dziedzińca zamkowego w 1948 r. – zdjęcie skopiowane z portalu „Hydral”

Na zdjęciu widać dobrze kolumny pierwszego piętra – mają głowice jońskie, tak jak kolumny parteru. Konserwatorzy niemieccy przyjęli, że głowice kolumn wszystkich kondygnacji krużganków były takie same jak te zachowane w przyziemiu (il. 2).

Drugi raz pojechałam do Brzegu, gdy zostałam kierowniczką Zakładu Doświadczalnego przy Instytucie Historii Architektury, Sztuki i Techniki Politechniki Wrocławskiej (IHAST). Gdzieś w roku 1970 nasz Zakład otrzymał zlecenie od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków (WKZ) w Opolu, pani Jesionowskiej, na opracowanie projektu krużganków dziedzińca Zamku Piastowskiego w Brzegu.

Projekt odbudowy zamku, opracowany w warszawskim oddziale PP Pracownie Konserwacji Zabytków (PKZ) przez architektów Tomasza Kornackiego i Wacława Podlewskiego, nie był poprzedzony żadnymi badaniami stanu pierwotnego obiektu, ani nie korzystał z prowadzonych od 1961 r. przez Politechnikę Wrocławską badań architektoniczno-archeologicznych. Przewidywał on żelbetową konstrukcję krużganków dziedzińca, okładaną piaskowcem. Zresztą nie tylko konstrukcyjne elementy miały być tak wykonane – nawet tralki balustrady miały mieć rdzeń żelbetowy i piaskowcową okładzinę. Dokumentacja wykonawcza krużganków zajmowała całą szafę biurową, gdyż wszystkie kawałki okładzin narysowane były w skali 1:1, a niektóre elementy miały nawet po cztery i więcej takich kawałków. Wygląd krużganków był oparty na poniemieckiej gipsowej makiecie przęsła przy bramie wjazdowej, stojącej do czasu rozpoczęcia odbudowy zamku (il. 1).

2 -dziedziniec zamku wg XIX-wiecznej rekonstrukcji. Czyżby chodziło o Hermanna Kurtza, autora pierwszej monografii zamku z 1885 r.? (fot. z portalu „Hydral”

Na szczęście dyrektor Instytutu (wówczas już docent) Jerzy Rozpędowski pełnił z ramienia opolskiego WKZ nadzór konserwatorski nad pracami na zamku, prowadząc równocześnie badania architektoniczno-archeologiczne. Po konsultacjach z konstruktorami, współpracującymi z naszym zakładem, zawetował projekt warszawskich architektów w części dotyczącej dziedzińca, jako niezgodny z zasadami konserwatorskimi oraz błędny od strony konstrukcyjnej (inna jest mrozoodporność betonu, a inna piaskowca; po paru sezonach zimowych okładziny spojone zwykłą zaprawą cementową zaczęłyby odpadać – do dzisiejszych technologii było wówczas bardzo daleko). Zapadła decyzja budowy kamiennych krużganków (il.3).

W trakcie prowadzonych na zamku badań, Rozpędowski odkrył pod tynkiem na I piętrze krużganków pozostałość po skutej głowicy półkolumny. Proporcje tego kamiennego fragmentu nie pozostawiały wątpliwości, że nie mogła to być głowica jońska, ale wydawało mu się, że nie może to być i głowica koryncka. Doszedł do wniosku, że była to nietypowa głowica z jednym rzędem liści akantu i okrągłym abakusem.

3. Projekt krużganków – widok i przekrój przęsła

Moim zadaniem, jako kierującej Zakładem Doświadczalnym IHAST, było sporządzenie architektonicznego projektu kamiennych krużganków. Trzeba było zacząć od dokładnej inwentaryzacji ścian zamkowych okalających dziedziniec, gdyż pobieżna konfrontacja projektu warszawskiego ze stanem faktycznym wykazała duże niezgodności. Same pomiary były zadaniem dość karkołomnym, jako że krużganki istniały w formie szczątkowej – pozostało tylko parę przęseł parteru. Gdy rozpoczynaliśmy pracę, w niektórych wnętrzach nie było stropów, ściany więc były z zewnątrz i od wewnątrz niedostępne. W tamtym czasie nie było tak powszechnych dzisiaj rurowych rusztowań ani samochodowych podnośników do prac wysokościowych. Zdecydowaliśmy się na wykonanie inwentaryzacji przy pomocy fotogrametrii.

Zdjęcie fotogrametryczne charakteryzuje się brakiem skrótów perspektywicznych, może więc służyć do pomiarów. Mierząc jakiś odcinek ściany na parterze – dostępny bez problemów – i ten sam odcinek na zdjęciu otrzymywało się proporcje, które należało zachować przy rysowaniu.

4. Skrzydło południowe zamku – widok od strony dziedzińca – inwentaryzacja fotogrametryczna z 1970 r.
5. Skrzydło wschodnie zamku – widok od strony dziedzińca – inwentaryzacja fotogrametryczna z 1970 r.

Zdjęcia skrzydła południowego, które stanowiło największe wyzwanie, wykonano z dachu baraku, w którym mieściło się biuro odbudowy, położonego naprzeciw południowego skrzydła zamku, poza dzisiejszą ścianą północną (il. 4). Zdjęcia skrzydła wschodniego wykonano z okien skrzydła zachodniego (il. 5).

Elewacje zostały pomierzone i można było przystąpić do rozrysowywania krużganków.

Projektowanie rozpoczęłam od rozrysowania kolumn przyziemia wg istniejących reliktów. Północne krańce krużganków miały być zakończone klatkami schodowymi, których fundamenty odkryto w czasie badań. Badania wykazały również, że całe założenie było od północy zamknięte murem kurtynowym, który postanowiono odtworzyć (il. 6).

6. Rzut przyziemia dziedzińca zamkowego

W czasie prac inwentaryzacyjnych odkryto też nad bramą fragment bazy kolumny I piętra, który miał inne zakończenia od strony bramy i inne z drugiej strony, co uznaliśmy za dowód, że nad łukiem bramy nie było balustrady. Nie było żadnego wiarygodnego przekazu dotyczącego wyglądu tego fragmentu, więc nie mogło być mowy o rekonstrukcji (il. 7).

Na rysunku dobrze widać różne potraktowanie balustrad nad bramą i na pozostałej części krużganków. Nad bramą zaprojektowaliśmy gładkie płyty piaskowcowe z tym, że na rysunku zaproponowałam wypełnienie ich pól napisami informującymi o historii budowy i odbudowy zamku. Zapełnienie pustych miejsc drobną formą, jaką stanowiłoby pismo, wyszłoby na dobre wizerunkowi samej bramy, dla której gładkie tafle kamienia są za ciężkie w zestawieniu z koronkową dekoracją rzeźbiarską zachowanej części (il. 8).

7. Projekt krużganków – widok

Niestety, Rozpędowski z wrodzonej skromności nawet nie poruszył tej kwestii w kontaktach z panią Jesionowską z wielką szkodą dla obecnego wyglądu zwieńczenia bramy.

Dla mnie wypełnienie tych pól napisami byłoby dopełnieniem widoku bramy, zgodnym z charakterem tego obiektu i „duchem epoki”. Umieszczenie zaś w tak widocznym miejscu historii odbudowy zamku nie pozwoliłoby na powielanie fałszywych informacji o odbudowie obiektu.

Jak wspomniałam, sprawą mocno dyskusyjną był kształt głowicy kolumn I piętra. Rozpędowski nie miał jasnego pomysłu na jej kształt. Wydawało mu się, że może to być tylko głowica „niby koryncka” z jednym rzędem liści akantu i okrągłym abakusem. Ja bardzo sceptycznie odniosłam się do tego pomysłu. Pomimo leżących na moim biurku zdjęć skutego fragmentu, do którego rzeczywiście nie pasowały żadne znane nam głowice korynckie, postulowany okrągły abakus nie dawał mi spokoju. Wydawał mi się elementem z innej bajki – renesansowe głowice korynckie nie znały takiej formy.

8. Widok fragmentu dziedzińca zamkowego przy końcu odbudowy.

Siedząc któregoś dnia przy desce (kreślarskiej! mowa o tych czasach, gdy architekt pracował przy desce, a nie na komputerze), zastanawiałam się po raz kolejny nad rozwiązaniem tego dylematu. Jak musiałaby wyglądać głowica koryncka, żeby jej przekrój przez środek był identyczny ze śladem w ścianie zamku? Zaczęłam ją sobie na boku szkicować, cały czas pamiętając o skutym fragmencie. Po narysowaniu ze zdziwieniem stwierdziłam, że gdzieś już to widziałam – chwyciłam zdjęcia detali ścian od strony dziedzińca i – ależ tak!

Podobne głowice mają pilastry w portalach wychodzących na niegdysiejsze krużganki i pilastry flankujące bramę od strony dziedzińca. Dotychczas nikomu z nas nie przyszło do głowy, że głowice kolumn mogą być podobne do głowic pilastrów.

Bardzo podekscytowana pokazałam rysunek i zdjęcia szefowi. Przyjrzał się im bardzo dokładnie bez słowa komentarza, choć było to zupełnie niezgodne z jego koncepcją. Następnego dnia przyniósł mi zdjęcie krużganków zamku w Guestrow, będącego dziełem tegoż Franciszka Parra, twórcy brzeskiego dziedzińca. Głowice kolumn I piętra miały wygląd taki sam, jak wymyślony przeze mnie poprzedniego dnia. To zadecydowało, że mój projekt został zaakceptowany.

9. Projekt głowicy pierwszego piętra – widok i przekrój

Pozostało narysowanie projektu głowicy w skali 1:1 (il. 9) i na podstawie tych rysunków artysta rzeźbiarz Władysław Tumkiewicz wykonał model i odlew gipsowy (il. 10), który posłużył do wykonania wzorcowej głowicy kamiennej (jeszcze parę lat temu znajdowała się na dziedzińcu zamku).

10. Głowica kolumny I p. – projekt Jadwiga Maciejowska, model gipsowy Władysław Tumkiewicz

Tak wygląda pełny obraz dochodzenia do dzisiejszego wyglądu zamkowego dziedzińca. Dziś widzowi patrzącemu na piękne arkady nie przyjdzie do głowy, że mogłyby one wyglądać zupełnie inaczej. Stare polskie przysłowie mówi: „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Myślę, że pasuje tu, jak ulał.

Nie wszyscy muszą być entuzjastami rekonstrukcji architektury zabytkowej. Jak pisze M. Zlat („Brzeg”, Ossolineum, 1979), „W trwającej kilka lat dyskusji nad projektem restauracji zamku wysuwano różne pomysły ożywienia zabytku bez uzupełniania go rekonstrukcjami, tym bardziej tu nie wskazanymi, że musiały odtwarzać niezbyt dobrze znany stan sprzed dwu stuleci. Ostatecznie jednak raz jeszcze zwyciężyła konserwatywna koncepcja rekonstrukcji.”

Należy zwrócić uwagę, że decyzja o zmianie projektu rekonstrukcji krużganków dziedzińca zamku w Brzegu została poprzedzona gruntownymi badaniami architektoniczno-archeologicznymi, które pozwoliły przybliżyć nas do wiedzy na temat stanu obiektu przed dwoma stuleciami. Nie wiemy, jak by wyglądał dziedziniec zamku, gdyby zwyciężyła inna koncepcja. Natomiast efekt tej „konserwatywnej” możemy podziwiać obecnie.

Pisząc o zamieszczaniu fałszywych informacji o historii odbudowy zamku, myślę o tych zawartych w opracowaniu M. Zlata „Zamek piastowski w Brzegu” (Instytut Śląski w Opolu, 1988), który za jedynych autorów odbudowy uważa Kornackiego i Podlewskiego, zaś z Rozpędowskiego zrobił „nadzorcę prac budowlanych” (sic!). W rzeczywistości architekci warszawscy są autorami odbudowy zamku z wyjątkiem dziedzińca. Autorem koncepcji projektu rekonstrukcji dziedzińca zamkowego jest bezsprzecznie prof. dr arch. Jerzy Rozpędowski, ja zaś jestem autorką projektu rekonstrukcji głowicy kolumny I piętra oraz opracowania projektu całości. Wysłałam wówczas do prof. Zlata sprostowanie, ale nie doczekałam się ani sprostowania, ani odpowiedzi.

Tekst ten był zamieszczony w pierwszym numerze PARANTELI – rocznika Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu z roku 2016. Niestety, kiepskie ilustracje spowodowały, że przeszedł bez echa. Można zapytać: dlaczego opublikowaliśmy tego typu tekst w zeszytach Towarzystwa Genealogicznego? Przecież tu nie ma słowa o genealogii, nieprawdaż?

Owszem, to prawda. Ale poszczególne fragmenty opracowań genealogicznych stanowią przyczynek do dziejów całego społeczeństwa – są kamyczkami większej mozaiki. Takimi samymi kamyczkami są wiadomości o zdarzeniach nam współczesnych, które, nieudokumentowane, umykają naszej pamięci. Dlaczego nie staramy się o podkreślanie naszego wkładu w przywracanie pewnych wartości naszej kulturze? Książęta brzescy, mimo silnych związków z kulturą niemiecką oraz politycznej podległości koronie czeskiej, byli dumni ze swojego pochodzenia od królewskiego rodu Piastów i ten swój rodowód pokazali całemu światu na elewacji bramy zamkowej. Panowali na ziemiach, gdzie na wsiach do ostatniej wojny można się było porozumieć po polsku. Tymczasem my, opowiadając o czasach minionych, pokazujemy prawie wyłącznie dokonania autorów niemieckich, zapominając o własnych osiągnięciach. Niech ten tekst przywróci właściwe proporcje w spojrzeniu na brzeski Zamek – miejsce naszych dorocznych spotkań genealogicznych.

Korzystałam z:

– własny tekst autorki w księdze pamiątkowej „Nie tylko zamki”, szkice ofiarowane prof. Jerzemu Rozpędowskiemu w 75 rocznicę urodzin, wyd. Oficyny Wydawniczej Politechniki Wrocławskiej Wrocław 2005, str. 147-152;

– Jerzy Rozpędowski, „Rezydencja piastowska w Brzegu” – komunikat z badań archeologicznych w roku 1961, Zeszyty naukowe Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1963;

– Mieczysław Zlat, „Brzeg”, Ossolineum 1979;

– Mieczysław Zlat, „Zamek piastowski w Brzegu”, Instytut Śląski w Opolu, Opole 1988.

WERNISAŻ WYSTAWY NA DWORCU GŁÓWNYM

Dziś, (tj. 7.12.) odbył się wernisaż naszej wystawy w filii Biblioteki Publicznej na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Były plansze do oglądania (i czytania), występ wokalny, przemówienia i degustacje ciast i owoców oraz napojów (nie-wyskokowych). W spotkaniu uczestniczyli przeważnie autorzy wystawianych plansz.

NOWY WPIS

Dzięki pomocy Maćka doszłam do umiejętności pisania mego bloga. Jeszcze nie wiem, jak będzie z opublikowaniem tego tekstu, bo już raz próbowałam bez rezultatu, ale może w końcu się uda. Na razie ćwiczę …

11 listopada

Z okazji święta pewnie będą patriotyczne śpiewy. Ciekawa jestem, jak będą śpiewać najpopularniejszą przedwojenną piosenkę wojskową „Piechota”. Zaczyna się ona od słów „1. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, Nie noszą ni srebra, ni złota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota. 2. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Już idą, a w słońcu kołysze się stal, Ludziska zerkają zza płota, A oczy ich dumne utkwione są w dal – Piechota, ta szara piechota.        3. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie grają im surmy, nie huczy im róg, A śmierć im pod stopy się miota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.” Jest to jedyne znane mi przedwojenne wydanie tej piosenki z 1939 roku przez Wydawnictwo Misjonarzy Słowa Bożego na prawach manuskryptu p.t. ARION.

Po wojnie wszystkie śpiewniki podawały niewłaściwy układ tekstu. Dopiero w śpiewniku „Nasz głos” wydanym w Opolu w 2006 przez Wydawnictwo Świętego Krzyża jest ten tekst prawidłowo p.t. „Maszerują strzelcy”. Różni się on w szczegółach, więc go tu podaję „1. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, Nie noszą ni srebra, ni złota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota. 2. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Bo idą, a w słońcu kołysze się stal, Dziewczęta zerkają zza płota, A oczy ich dumnie utkwione są w dal – Piechota, ta szara piechota.        3. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie grają im surmy, nie huczy im róg, A śmierć im pod stopy się miota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.”

„1. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, Na piersiach ni srebra, ni złota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.  2. Maszerują chłopcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi chaty salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Tak idą, a w słońcu kołysze się stal, Dziewczęta zerkają zza płota, A oczy ich dumne utkwione są w dal – Piechota, ta szara piechota.   3. Maszerują strzelcy, maszerują, Karabiny błyszczą, szary strój, A przed nimi drzewa salutują, Bo za naszą Polskę idą w bój. Nie grają im surmy, nie huczy im róg, A śmierć im pod stopy się miota, Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój Piechota, ta szara piechota.” Tak śpiewałam po wojnie w harcerstwie, zanim je zlikwidowano w 1948.

 

Wycieczka

20 i 21 bm byłam z wycieczką genealogów w Kamieńcu Ząbkowickim i w Ząbkowicach. Było to dla mnie duże przeżycie – od niektórych zdarzeń związanych dla mnie z tymi miejscami upłynęło przeszło 70 lat! Udział w wycieczce mogłam wziąć dzięki mojej córce, która zdecydowała się pojechać ze mną i holować stare babsko, aby nie odstawało zbytnio od całej grupy.

W Kamieńcu zobaczyłam tę salę, w której byłam ze szkolną wycieczką w 1946 roku, na przedwojennym zdjęciu tam eksponowanym. Widoczny był na nim jeden z portretów, które widziałam postrzelane. Na zdjęciu widać też żyrandole, które jak mi się wydaje, też tam wisiały w czasie naszej szkolnej wycieczki i też były postrzelane.

W Ząbkowicach dowiedziałam się, kto i kiedy wybudował szkołę podstawową, do której chodziłam i moje gimnazjum (a raczej liceum), popadające dziś w ruinę. Pan przewodnik pokazał nam różne ciekawostki lokalne i dużo opowiadał o strasznym pożarze, który strawił miasto w 1858 roku i jest powodem braku źródeł pisanych dotyczących jego historii. Niestety, jeśli chodzi o rzekę Sadlnę pan przewodnik stał na stanowisku, że obecne nazwy są właściwe i hierarchia cieków też.

Zamek ząbkowicki był jednym z ostatnich punktów programu. W materiałach, jakie otrzymaliśmy jest mowa o podpaleniu zamku w 1946 roku. Nie przypominam sobie takiego zdarzenia – przeciwnie, pisałam o tym, jak nam dzieciom ostatni niemiecki „burgrabia” pokazywał pomieszczenia na zamku właśnie wtedy.

Wycieczka była bardzo udana również z powodu miejsca noclegu u OO.Pallotynów w Ząbkowicach. Wygodny nocleg i bardzo dobre wyżywienie dopełniło przyjemności z tej eskapady.

Ząbkowice Śl.

Mieszkałam kiedyś w Ząbkowicach Śl. Było to niedługo po wojnie, przyjechaliśmy tam w styczniu albo w lutym 1946. Pamiętam jazdę bryczką ze stacji w Kamieńcu Ząbkowickim i widok głowy jelenia na ścianie kamienicy w miejscu, gdzie z ul. Kłodzkiej skręcało się w ul. Dolnośląską. Ciotka, do której jechaliśmy, mieszkała wówczas na al. Niepodległości, tuż przed ząbkowickim dworcem kolejowym.

Niedługo po przyjeździe zaczęłam chodzić do szkoły, do piątej klasy. Nowe koleżanki i koledzy, nieznani nauczyciele – ale nie tylko ja byłam tam nowa, oni wszyscy znali się najwyżej od początku roku. Poprzednią klasę każdy kończył gdzie indziej.

Koleżanki mi powiedziały, że w szkole jest drużyna harcerska, więc zaraz do niej wstąpiłam, bo pamiętałam sprzed wojny córkę znajomych moich rodziców, która była drużynową i bardzo mi imponowała. Sama myśl, że stanę się podobna do niej, była dla mnie źródłem satysfakcji. Harcerstwo stało się wkrótce moją największą pasją.

W tym czasie jeszcze nie odczuwało się późniejszej opresji czasów stalinowskich. Kino wyświetlało jeszcze powojenne filmy angielskie – pamiętam film „Pięciu zuchów” o pięciu braciach, ich dziecięcych przygodach i późniejszej służbie wojskowej oraz film „Konwój” o morskim konwoju do Murmańska. Harcerstwo też było kontynuacją przedwojennego ZHP. Gdy były jakieś uroczystości państwowe nasza drużyna maszerowała ulicami miasta, a jak wyjeżdżałyśmy na obóz, całą drużyną w niedzielę maszerowałyśmy do kościoła.

Zamek ząbkowicki był ruiną, ale nie cały. Wieża bramna była zamieszkała przez starego Niemca, który musiał być ostatnim sługą jego poprzednich właścicieli. Gdy przyszliśmy w kilkoro dzieci, pozwalał nam wejść do dużej sali nad bramą, gdzie pokazywał nam ogromną drewnianą tablicę w złoconej ramie z drzewem genealogicznym, pewnie panów zamku. W latach następnych pamiętam ćwiczenia gimnastyczne żeńskiej części klasy na placu koło zamku w ramach lekcji WF. Przypuszczam, że męska część klasy grała wówczas w piłkę na boisku szkolnym.

Pamiętam też wycieczkę szkolną do Kamieńca Ząbkowickiego w celu zwiedzenia zamku. Nie był on jeszcze wtedy ruiną, owszem, było widać, że został opuszczony nagle, bez przygotowania. Pamiętam wielką salę na piętrze, w której na ścianach wisiały ogromne portrety, niestety postrzelane, lub pocięte bagnetami. Wydaje mi się, że ze stropu zwieszały się jeszcze żyrandole, ale głowy za to nie dam. Chodziliśmy po całym zamku – był doszczętnie wyszabrowany z wyposażenia, w wielu pomieszczeniach były dziury wybite w ścianach przez poszukiwaczy skarbów. Ściany w niektórych salkach były wykafelkowane, ale też z dziurami do przewodów wentylacyjnych lub kominowych. Potem poszliśmy do parku. Tam chłopcy znaleźli mauzoleum gdzieś w samym środku parku i naturalnie wleźli do środka. Były tam porozbijane trumny czy sarkofagi, bo szabrownicy wszędzie szukali zdobyczy. Ta wycieczka musiała być w 1946 roku, bo w 1947 Rosjanie podpalili bibliotekę zamkową, która się znajdowała w jednej z wież i cały zamek spłonął. Pożar był widoczny aż w okolicach cukrowni Ząbkowice.

Gdy chodziłam do szóstej klasy, w mojej szkole były jeszcze klasy siódma i ósma. Potem się szło do gimnazjum, gdzie były klasy I, II, III i IV. Ale była reforma szkolna i po siódmej klasie poszłam do ogólniaka. Tzn. dalej mówiło się na nową szkołę „gimnazjum”, ale ja już chodziłam do klasy ósmej i dziewiątej liceum ogólnokształcącego. W tych czasach uczyliśmy się też religii – rok 48/49 był ostatnim rokiem religii w szkole.

Ząbkowice Śl. – 2

Dla mnie był to pierwszy rok szkoły średniej. Do szkoły miałam dosyć daleko, gdyż mieszkałam na końcu wsi gminnej, która zaraz po wojnie nazywała się Zadziele, a potem Sadlno (obecnie jest w granicach miasta). Stanowiła ona jakby przedmieście Ząbkowic w kierunku Kamieńca. Budynek gimnazjum znajdował się po przeciwległej stronie miasta, przy ulicy, której dalszy ciąg stanowiła szosa do Srebrnej Góry. Najkrótszym przejściem do szkoły była gruntowa droga prowadząca u stóp zamku aż do ulicy Jagiellonów, (dziś: Bohaterów Getta) przy której stała szkoła. Ulica ta prowadziła przez most nad rzeką Sadlną. Rzeka ta płynęła meandrami przez dolinę, opływała wzgórze zamkowe i skręcała w kierunku Kamieńca. Pamiętam, że w lecie często się w niej kąpaliśmy, gdyż płynęła jakieś paręset metrów od naszego domu.

Gdy budowano tzw. „obwodnicę” Ząbkowic rzekę skanalizowano i nie wiem, czy wtedy, czy później uznano za główny ciek potok Budzówkę, wpadający do rzeki na jej zakręcie, a skanalizowaną rzekę nazwano Jadkowa i uznano ją za dopływ owej Budzówki. To stało się powodem napisania tego tekstu. W wielu miastach kanalizowano rzeki, czasem nawet przestawały one istnieć na powierzchni, płynęły pod ziemią, ale nie słyszałam, żeby jakąś rzekę tak sobie, ni stąd, ni zowąd, zlikwidowano. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do jakichś map, które pozwolą prześledzić przebieg obu cieków i powalczyć o przywrócenie rzece należnej jej rangi.