Moje rewolucyjne propozycje

Ostatnio usłyszałam, że z okazji naszego, polskiego Dnia Niepodległości będą oddane salwy armatnie z fryderycjańskich fortów Srebrnej Góry. Nie wiem, czy można by znaleźć większy paradoks.

Dziś uważa się, że Ząbkowice Śl. leżą nad Budzówką, płynącą od Srebrnej Góry i dalej w kierunku Kamieńca. Jest to wierutne kłamstwo. Potok Budzówka był zawsze dopływem rzeczki, opływającej Ząbkowice Śl. od zachodu i południa, która za moich czasów (koniec lat 40-tych i początek lat 50-tych) nazywała się Sadlna. Płynęła ona zakolami przez bagnistą dolinę od strony zachodniej, opływała zakolem (równie bagnistym) wzgórze zamkowe i dopiero poza drogą na południe i przyjęciu w siebie wód bagnistego cieku ze wschodniej strony miasta oddalała się od jego murów. Potok Budzówka jeszcze w XIX wieku wpadał do rzeczki niedaleko grobli, którą przebiegała droga do Świdnicy (i do Srebrnej Góry). Dzięki temu ukształtowaniu terenu miasto było (po wybudowaniu murów miejskich) nieźle zabezpieczone od ataków nieprzyjaciół. Najłatwiej dostępne było od pólnocy – od strony Legnicy i Wrocławia – ale to nie były kierunki generujące zagrożenie. Te tereny stały się zresztą głownym obszarem rozwoju miasta nowożytnego.

Zaprzęganie wydarzeń historycznych do bieżącej polityki nie jest wynalazkiem ostatnich lat, ani doby powojennej. Katowice stały się Stalinogrodem nie dlatego, że Stalin sobie tego życzył, ale dlatego, że nasi komuniści chcieli mu „wleźć bez wazeliny”. Kaiser Wilhelm był wielbicielem Fryderyka Wielkiego i bardzo chciał być z nim porównywany – stąd jego fascynacja fortami w Srebrnej Górze. Z kolei po wojnie światowej 1914-18 Niemcy „wstawały z kolan” i też im były potrzebne nawiązania do potęgi czasów fryderycjańskich. Nie wiem, kiedy pomysł, żeby z Budzówki zrobić główny ciek tej doliny został zrealizowany. Nie wiem też, czy wyprostowanie zakończenia tego cieku było celowe, czy spowodowane naturalnym przesunięciem po jakichś roztopach. Natomiast jestem pewna, że powodem była chęć „duchowego” powiązania tego ośrodka miejskiego z tradycją fryderycjańską i że był to pomysł jakiegoś lokalnego kacyka chcącego się podlizać „wyższym szarżom”. Myślę, że wyjaśnieniem tych kwestii mogła by się zająć jakaś instytucja (lub osoba) mająca dostęp do archiwalnych źródeł.

Nie wiem, czy nazwa rzeczki „Sadlna” była właściwa. Sądząc po tym, że ponoć najstarszą na tym terenie była osada handlowa Sadlno i że wieś gminna Sadlno była tak długo, dopóki jej nie włączono w granice miasta, nazwa ta była czymś wytłumaczona. Nie wiem też, co można dziś zrobić, żeby tę rzeczkę w jakiś sposób „przywrócić” i czy to w ogóle byłoby możliwe. Wiem tylko, że nie Budzówka jest ząbkowickim dopływem Nysy.

Bajeczka o Tasiuni

Tyle się teraz mówi i pisze o prawach zwierząt, że czasem mam wrażenie, iż są one ważniejsze niż prawa ludzi. Moja Mama bardzo dbała o dobre traktowanie zwierząt, ale jednak traktowała je inaczej, niż ludzi.

W 1948 mieszkaliśmy w poniemieckim zabytkowym młynie wodno-elektrycznym, znajdującym się na końcu gminnej wsi Sadlno (wcześniej „Zadziele”), rozciągającej się wzdłuż drogi z Ząbkowic Śląskich w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego. Na początku tego roku wyjechali do Niemiec poprzedni właściciele młyna. Nikt z nas nie wiedział, że w kącie stajni Frau Winter zostawiła kurę, siedzącą na kaczych jajach. Mój brat Stach zobaczył uciekające, dopiero co wyklute kaczątko i goniącą je z głośnym gdakaniem kurę. Złapał je i zaniósł Mamie, która przyjmowała od rolników przywiezione do młyna zboże. Mama wsadziła je sobie na szyję, pod kołnierz bluzki, wystawiając tylko łepek na zewnątrz. Kaczątko zostało uratowane.

Przez pierwsze dni żyło u Mamy na szyi. Potem Mama znalazła duże pudło, wyścieliła je ligniną i wstawiła tam talerzyk z wodą i filiżanką wstawioną do tej wody „do góry dnem” (chodziło o to, żeby kaczątko mogło pić, a nie taplać się w wodzie). Ponieważ na kaczki woła się „taś, taś”, nazwaliśmy je „Tasiunią”. A ona zaakceptowała nowe locum. Komicznie wyglądała, gdy wskakiwała na przewróconą filiżankę i stojąc na jednej nodze (drugą chowała) „udawała Napoleona”, wodząc wzrokiem dookoła. W końcu zaczęła z pudła wyskakiwać, głownie po to, żeby biegać za Mamą. Młyn był zabytkowy, ściany były grube, a progi wysokie. Mama jednym krokiem przekraczała próg, a Tasiunia wskakiwała nań, biegła, biegła wpatrzona w Mamę i rozplackiwała się, gdy próg się kończył. Można było boki zrywać ze śmiechu. Ale Mamie wcale nie było do śmiechu, bo kaczka była coraz większa, pióra jej rosły i coraz więcej było po niej sprzątania. W końcu Mama uznała, że kaczkę trzeba gdzieś przekwaterować.

W podwórzu, koło wozowni, była nieużywana komórka. Mama postanowiła tam umieścić kaczusię, ale żeby się przyzwyczaiła do nowego miejsca, zostawiła ją tam w klatce. Ale do młyna z rolnikami często przybywały ich psy. I znów Stach ujrzał wypadającego z komórki obcego psa z kaczką w pysku. Pobiegł za nim z kijem i pies kaczkę wypuścił, ale wyżarł jej kawał ciała powyżej kupra. I znów kaczka wróciła do Mamy na leczenie i dojście do zdrowia. Kuper się zrósł, a jakże, tylko był skierowany w lewą stronę. W gospodarstwie przy młynie był kurnik. Mama uznała, że będzie to najodpowiedniejsze miejsce dla opierzonej już kaczki i wieczorem tam ją zaniosła. Niestety – rano kaczka siedziała wciśnięta w kąt i bez jednego oka, które jej kury wydziobały. Musiała więc znów wrócić do Mamy na leczenie i rekonwalescencję.

Tymczasem Stachowi jeden z dalszych sąsiadów zaoferował kupno pary kaczek „belgijskich”. Były one dużo większe od normalnych kaczek, hodowanych w gospodarstwach wiejskich, kolorowe z przewagą czarnego. Stach je kupił i wygospodarował dla nich miejsce w komórce za stajnią, więc Tasiunia po wyleczeniu ślepego oka zamieszkała z nimi. Zaczęła nawet znosić jajka – były wielkości i kształtu piłeczek do pingponga. Kaczka „belgijka” znosiła normalne kacze jaja, tak że Stach doczekał się niedługo całego stadka kaczek, które kaczor prowadził do młynówki. Pływały sobie swobodnie, gdzie chciały, bo wiadomo było, że wrócą na karmienie. Wśród kolorowych kaczek wyróżniała się Tasiunia – jedyna biała, z krzywym kuprem i oglądająca świat jednym okiem.

Następnego roku kaczki świetnie się hodowały, aż do owego feralnego dnia, kiedy Tasiunia nie zdołała uciec spod kopyt wielkiego konia – perszerona, ciągnącego do młyna wóz ze zbożem. Rozdeptał ją swoim wielkim kopytem i Mama nic już nie mogła jej pomóc. Stwierdziła, rozkroiwszy kaczkę, że koń rozdeptał jej całą wątrobę i inne wnętrzności, ale że mięso jest czyste i pachnące. Wobec tego tuszka kaczki została upieczona i obie z Mamą zjadłyśmy ją z wielkim smakiem. Stach nie brał w tej uczcie udziału, gdyż dla niego był to kanibalizm. Natomiast ja uważam, że Tasiunia skończyła swoje życie zgodnie ze swoją naturą i z wielkim pożytkiem.

NA MARGINESIE

Chyba się już zupełnie zestarzałam, bo coraz więcej rzeczy mnie wkurza. Dawniej jakoś przechodziłam nad nimi do porządku, a teraz nie mogę. Jedną z takich wkurzających spraw jest nazewnictwo. Podporządkowujemy się jakimś wyimaginowanym zasadom nie pamiętając o naszych tradycjach językowych. Doskonale pamiętam, jak przez jakiś czas obowiązywała u nas nazwa „India” zamiast „Indie”. Potem, na szczęście, Indie wróciły. Teraz zamiast Cyganów mamy Romów. Podobno dlatego, że oni sami siebie tak nazywają. No to co? Niemcy też sami siebie nazywają „Deutsch”, czy my wobec tego mamy zamiast „Niemcy” mówić „Dojcze”? Włochów też tylko my tak nazywamy. Czy mamy to zmieniać? Przecież to czysty kretynizm. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie nasze wnuki wyposażać w nieliche „Słowniki nazw zapomnianych” przy każdej piosence jak „Graj piękny Cyganie” lub „Cygańska ballada”, nie mówiąc o operetkach. „Pawiem narodów jesteś i papugą” o naszej ukochanej ojczyźnie powiedział kiedyś poeta. Można by jeszcze dodać małpę.

Kiedy jedynie słuszną ideologią była jeszcze przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, na naszych uczelniach pojawili się „kandydaci nauk”, a strukturę szkół wyższych zaczęto zmieniać, wprowadzając „Instytuty”. Potem, po pewnym czasie, wszystko wróciło do normy. Ale nie na długo. Teraz zapanowała moda na „uniwersytety branżowe”. Dlaczego? Bo podobno tak jest „na zachodzie”. U nas „uniwersytet” to była uczelnia posiadająca wiele kierunków studiów – od matematyki poprzez wszelkie filologie, nauki o ziemi, nauki społeczne aż po teologię np. Jeśli uczelnia kształciła tylko w jakimś jednym kierunku, była Akademią – Medyczną, Sztuk Pięknych czy Rolniczą. Nic im to nie ujmowało, niektóre miały bardzo piękne tradycje. No ale teraz małpujemy „zachód”. I wcale nie oglądamy się na to, że na tym zachodzie też są uczelnie nie mające w nazwie uniwersytetu. Tłumaczenie jest takie, że jak tego nie wprowadzimy, na zachodzie nie będą nas traktować poważnie. Coś mi się zdaje, że jest wprost przeciwnie. Zdaje się, że z renomowanych szkół wyższych jedna SGGW nie poddała się tej „modzie” i pozostała „Szkołą Główną Gospodarstwa Wiejskiego”. Miło, że choć jedna uczelnia wyżej ceni swoje tradycje, niż modne „tryndy”. Szkoda, że tylko jedna.

WIELKANOC 2020

Dziwny jest ten świat – jak śpiewał Niemen. Rząd wprowadza coraz to nowe ograniczenia wolności obywateli z powodu panującej epidemii koronawirusa, ale nie chce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, co by te ograniczenia usprawiedliwiało. Zamiast tego dąży do przeprowadzenia wyborów prezydenckich w zaplanowanym terminie 10 maja, lub przesuniętych o tydzień na 17 maja. Epidemia została już nazwana pandemią, ale to naszych bonzów nie rusza – wybory mają się odbyć i już! Ostatnio sejm uchwalił (mimo oporów senatu), że wybory odbędą się korespondencyjnie, żeby ludzi nie narażać. Kogo nie narażać? Listonoszy, którzy będą nam przynosili materiały do głosowania? Żeby się nie mogli zbuntować, już zrobiono naczelnikiem Poczty Polskiej jakiegoś wiceministra z MON. Ale stanu klęski żywiołowej się nie wprowadzi, bo to by odsunęło wybory. Paranoja!

Pustki na ulicach, pustki w kościołach, gdyż zagrożenie jest duże i ludzie mimo oporów się podporządkowują. Lepiej by było, gdyby ograniczenia były bardziej przemyślane i bardziej konsekwentnie przestrzegane. Tymczasem cała wierchuszka partyjna ma nas w głębokim poważaniu i gromadzi się gdzie chce i kiedy chce. Niedobrze się człowiekowi robi, gdy ogląda te spasione często oblicza, jak tworzą coraz to nowe przepisy na kolanie, by je po tygodniu czy dwóch nowelizować. Sami biorą ciężkie pieniądze, ale przepisy wymyślają takie, że mało kto może z nich skorzystać. Nie mówiąc o tym, że obiecują ich uchwalenie za parę tygodni, choć ludzie tracą pracę teraz (albo już ją stracili).

Dzięki Bogu, mszy św. można wysłuchać przez radio, a człowiek ma czyste sumienie, że ani sam siebie, ani nikogo innego nie naraził na niepotrzebny kontakt. Ja właściwie powinnam się cieszyć ogromnie, bo wczoraj zostałam prababcią. Prawnuczek naturalnie jest śliczny i to jest niesamowite, że teraz prawie od razu po narodzinach można w komórce zobaczyć takiego maluszka. Ale jak człowiek sobie uświadomi, co się dzieje w naszej służbie zdrowia, to mu się zimno robi ze strachu. Jedyna nadzieja w Opatrzności.

To jest właśnie moje nowe cudo – Jeremi Maciejowski – prawda, że śliczny? A ja jestem zachwyconą i dumną prababcią.

ŚWIAT DZISIEJSZY NIEOCZEKIWANY

Można powiedzieć, że świat dzisiejszy zwariował. Jeszcze miesiąc temu nikt by nie przypuszczał, że będziemy siedzieć zamknięci w domach, że przestaną działać najróżniejsze instytucje, a śmierć będzie zbierać coraz większe żniwo. Tymczasem właśnie dożyliśmy takich zdarzeń. Nie dość, że społeczeństwo od ostatnich wyborów jest coraz bardziej podzielone na zwolenników i przeciwników obecnej ekipy rządzącej, to jeszcze zapanowała pandemia nowego koronawirusa. Wirus pojawił się w Chinach jeszcze pod koniec ubiegłego roku, ale władze tamtejsze najpierw go zignorowały, potem zbagatelizowały, a gdy w końcu zabrały się zań poważnie – było za późno. Rozprzestrzenił się już na cały świat i Bóg raczy wiedzieć, kiedy się uda i czy się uda go zatrzymać.

Na dokładkę ostatnie posunięcia miłościwie nam panujących spowodowały różne niefajne zdarzenia np. w radiu. Niedawno z trójki radiowej odszedł Wojciech Mann, a w ubiegłym tygodniu pożegnał się z nią Jan Młynarski, którego coniedzielna audycja „Dancing, salon, ulica” była moją ulubioną, a ostatni raz zabrzmiała w zeszłą niedzielę. Nie byłam specjalną wielbicielką Manna, ale na jego audycjach wychowały się pokolenia i jest on niewątpliwie osobowością radiową. Natomiast program Młynarskiego z melodiami mego dzieciństwa i młodości przenosił mnie w te czasy, które były często nawet z wielu względów ponure, ale dla mnie miały urok dni szczęśliwych. Moja mama była bardzo muzykalna, grała na fortepianie, miała ładny głos i artystycznie gwizdała. W czasie wojny nie miała na to czasu ani okazji, ale śpiewała zawsze przy jakichś czynnościach manualnych, a ja natychmiast się tych piosenek uczyłam. Pamiętam, jak z młodszym bratem wyśpiewywaliśmy „Ta mała piła dziś i jest wstawiona”, co nam jednoznacznie kojarzyło się z ręczną piłą do piłowania drewna, w czym brat mamie zawsze pomagał. Nie wiedzieliśmy tylko, kto i gdzie tę piłę wstawił. No i teraz nie będę już mogła przenosić się choć na godzinkę w tamte dawne czasy. Szkoda.

Pamiętam, jak w latach 50-tych śpiewaliśmy (pokryjomu) „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki, a chachary żyją …”, więc mam nadzieję, że przeżyjemy i te obecne paskudztwa. Może ja nie, bo jestem już jednak dość stara, ale dzieci i wnuki oby dożyły lepszych czasów.

Ciąg dalszy – Moje liceum – Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu w latach 1950-1952

W 1950 roku kończyłam 16 lat. Mieszkałam wtedy z rodzicami w Ząbkowicach Śl. i chodziłam do Liceum Ogólnokształcącego. Miałam bardzo starego ojca i młodszego brata – utrzymywała nas mama, która była inżynierem ogrodnictwa i pracowała wówczas w cukrowni Ząbkowice w Dziale Plantacji. Doszłam do wniosku (może pod wpływem koleżanek), że muszę raczej zdobyć jakiś zawód, aby pomóc mamie utrzymać rodzinę, niż kontynuować naukę w ogólniaku. Próbowałam z koleżankami zapisać się do handlówki w Świdnicy, ale była tam tak niesympatyczna sekretarka, że skutecznie mnie zniechęciła do kariery ekonomicznej.

Wtedy przypadkowo spotkałam na ulicy koleżankę z mojej klasy, która oznajmiła, że właśnie zdała egzamin do Liceum Plastycznego we Wrocławiu. Bardzo mnie to zbulwersowało, gdyż w opinii koleżanek to ja właśnie byłam klasową „malarką”. Mama załatwiła mi podróż do Wrocławia samochodem służbowym, którym jechał jej szef. Nie było to takie proste – na rogatkach miasta stały wówczas posterunki MO, które kontrolowały pasażerów samochodów. Kierowca jednak był „nie w ciemię bity” i pojechał przez Klecinę, gdzie żadnych posterunków nie było.

W szkole dowiedziałam się, że są jeszcze miejsca i mogę zdawać egzamin w końcu sierpnia. Przyjechałam już normalnie pociągiem, egzamin zdałam i 1.września mogłam rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Mieszkać miałam u dalekich krewnych mamy.

W PLSP były wówczas klasy „A” – dla uczniów po 7. kl. szkoły powszechnej i klasy „B” – dla tych po 9. kl. LO. Przyszłam do swojej klasy i spotkałam się z następującym przyjęciem: „ty, mała, marsz do swojej klasy, tu nie ma miejsca dla dzieci”. Nie wiem, czy rzeczywiście byłam jeszcze niezbyt wyrośnięta, czy tylko wyglądałam tak smarkato, ale pierwsze kroki nie były zachęcające. Trochę potrwało, zanim klasa mnie zaakceptowała. Trudno jednak się dziwić, skoro najmłodsi mieli po niecałe 16 lat, a najstarszy kolega 26. Takich po dwudziestce było więcej. Dla nich rzeczywiście byliśmy „dzieciakami”.

Szkoła mnie zachwyciła. Nie siedziało się w ławkach, tylko przy stołach zestawionych w rzędy. W naszej klasie były 4 rzędy stołów dla ok. 40 uczniów i uczennic. Służyły nam nie tylko do położenia na nich książek i zeszytów, ale również do takich przedmiotów, jak liternictwo czy kompozycja użytkowa, gdzie na stole musiały leżeć większe arkusze papieru. Na lekcjach rysunku „deski” z przypiętymi arkuszami papieru przeważnie opieraliśmy pionowo o stoły. Lekcje z dwóch przedmiotów odbywały się poza naszą klasą: rzeźba w sali rzeźby (polegała na lepieniu z gliny rzeźbiarskiej) i wiedza o sztuce w klasie na parterze, która jako jedyna miała zaciemnienie i można było korzystać z epidiaskopu. Ten przedmiot wykładał prof. Stanisław Kopystyński, malarz, który był równocześnie dyrektorem liceum. Wychowawcą naszej klasy był prof. Andrzej Will, malarz i autor satyrycznych rysunków, o czym ja wówczas nie miałam pojęcia.

Dla mnie przedmioty ogólne były równie ważne, jak przedmioty artystyczne, szybko więc zostałam „dobrą uczennicą”. Natomiast wielu kolegów (szczególnie tych starszych) urywało się z lekcji matmy czy polskiego, żeby biegać na dworzec kolejowy czy plac targowy i szkicować tam różne typy ludzkie. Uświadomiłam sobie wtedy, że „bycie artystą” nie jest moim powołaniem. Jeżeli interesują mnie wszystkie przedmioty, nigdy nie będę pierwszorzędną artystką-malarką, a „bycie” byle jaką malarką mnie nie pociągało. Doszłam do wniosku, że powinnam pójść raczej na architekturę, gdyż skoro nie mam zadatków na geniusza – rzemieślnik-architekt zawsze będzie potrzebny. Myślę, że pewien wpływ na tę moją postawę miał fakt zaprzyjaźnienia się z rówieśnicą, której ojciec był profesorem historii architektury na Politechnice.”

Klasa IB mieściła się na II piętrze, była duża, jasna i przestronna. Jej wielkie, oszklone drzwi oświetlały ciemny korytarz. Drugim źródłem światła na korytarzu było okno na półpiętrze schodów. Na tych schodach koledzy z upodobaniem ćwiczyli sceny z wojennych filmów – jeden udawał, że strzela, a drugi się staczał po schodach, próbując chwycić się poręczy.

W następnym roku nasza klasa (IIB) mieściła się na I piętrze, też z oknami wychodzącymi na ul. Nową. Po drugiej stronie tej ulicy stała zrujnowana poniemiecka willa, w której schronienie znajdowały różne męty społeczne. Któregoś dnia w czasie lekcji obrzucili nasze okna kamieniami, wybijając wiele szyb. Nasi chłopcy przez okno, korzystając ze ściennej latarni, pobiegli za łobuzami, ale żadnego nie udało im się schwytać. Lekcję przerwano, a nasz wychowawca, prof. Szczupaczkiewicz (malarz), musiał się zająć szybami. Załatwił to w ten sposób, że ramy, w których były wybite szyby, wzięli uczniowie i zanieśli do szklarza. Cała klasa brała w tym udział, zaś na drugi dzień przynieśliśmy je z powrotem. Koledzy robili sobie różne kawały w czasie „pustych przebiegów”, np. pierwszy idący przyczepiał się do kogoś obcego, idącego w tym samym kierunku, a reszta sznureczkiem szła za nim. Czasem dłuższa chwila mijała, nim taki delikwent się zorientował, że coś się za nim ciągnie.

Innym razem przerwę w lekcji sprokurowaliśmy sami. W szkole nie było centralnego ogrzewania – w każdej sali stał piec duży, żelazny, z rurą prowadzącą do przewodu kominowego. Nie było też szatni – wieszaki na okrycia też stały w klasie. Pamiętam jak w zimie, w czasie lekcji angielskiego, ktoś wrzucił do pieca coś śmierdzącego. Profesor kazał otworzyć okna. Wtedy wszyscy rzucili się do wieszaków i zaczęli wkładać płaszcze, kurtki, co tam kto miał. A trzeba powiedzieć, że na język angielski chodziła tylko połowa klasy – druga połowa miała mieć w tym czasie rosyjski, tylko że nie było nauczyciela. Wobec tego w lecie my od rosyjskiego mieliśmy legalne wagary, a w zimie siedzieliśmy w klasie z „anglikami”. Profesorem był kustosz biblioteki Politechniki Wrocławskiej, niewątpliwie znający język, ale nie potrafiący zapanować nad taką zgrają. Przerwy w lekcjach były więc na porządku dziennym.

Ciekawie się ten angielski skończył dla naszej części klasy. Ponieważ na świadectwie maturalnym musiała się znajdować ocena z języka, a połowa klasy nie uczyła się żadnego, rozwiązano to w ten sposób, że musieliśmy się nauczyć czytać i tłumaczyć pierwszy tekst z jakiejś „ich” książki oraz odmieniać przez osoby „to be” i „to have”. Na tej podstawie zaliczono nam język angielski.

Jeszcze w I klasie zaczęłam uprawiać szermierkę. Chyba przyszedł ktoś do naszej szkoły zareklamować ten sport, gdyż do sekcji szermierczej klubu sportowego „Unia” zapisało się sporo uczniów i uczennic „Plastyczniaka”. Okazało się to dla wielu z nas zbawienne, gdyż wśród nauczanych przedmiotów nie było w naszej szkole WF.

Nasi profesorowie dostawali czasem jakieś większe zlecenia przy okazji różnych imprez państwowych. Często wtedy angażowali uczniów do wykonania prac przy tych zleceniach. Pamiętam, jak raz z koleżanką miałam zrobić dekoracje w jakimś pawilonie na terenach „powystawowych” (po Wystawie Ziem Odzyskanych, która była w 1948r.). Zrobiłyśmy dekorację z papieroplastyki, która była wówczas bardzo modna – dekoracja wzbudziła ogólny aplauz, tylko miałyśmy kłopoty z otrzymaniem honorarium.

Gdzieś w połowie II klasy otwarto we Wrocławiu internat dla uczennic szkół artystycznych. Mieścił się on na rogu ul. Biskupiej i Wita Stwosza, w budynku istniejącym do dziś. Wejście było od ul. Biskupiej. Nie wiem, z jakich jeszcze szkół dziewczęta tam mieszkały. Z naszej klasy było 11 uczennic. Pierwsza z koleżanek, która tam zamieszkała, dostała pojedynczy pokój na II piętrze. Resztę z nas, które zgłosiłyśmy się później, ulokowano na IV piętrze w pokojach dwuosobowych. Dawało to dużą swobodę – kierownictwo mieściło się na I piętrze. Ale oznaczało też spore niedogodności – woda dochodziła tylko do II piętra i tam też znajdowała się łazienka i sanitariaty. Ponieważ zaś nasz budynek przylegał do zrujnowanej kamienicy, przychodziły stamtąd szczury i spotkanie szczura na schodach, jak się wracało wieczorem z WC, nie należało do rzadkości. W dodatku na schodach nie było światła – były one oświetlone jedynie pośrednio, światłem padającym z przeszkleń w drzwiach do pokojów (o ile pamiętam, były to przeszklenia takie, jakie teraz robi się w łazienkach).

Pewnego razu, wieczorem, mały szczurek przez otwarte drzwi wpadł do naszego pokoju. Chciałyśmy z moją współlokatorką wyrzucić nieproszonego gościa, ale to nie było takie łatwe. Po pierwsze, trzeba go było złapać. Gdy próbowałyśmy schwytać go za ogon, uciekał na szafę. Chciałyśmy zdjąć go z tej szafy, stając na poręczy łóżka – zeskakiwał na podłogę. Ja miałam taką przedwojenną walizkę – gdy szczurek kolejny raz wlazł na szafę, otworzyłyśmy walizkę na podłodze i zatrzasnęłyśmy, gdy tylko do niej skoczył. No, ale to dopiero połowa sukcesu. Teraz jedna z nas miała go z walizki wypuścić na korytarzu, a druga stała w uchylonych drzwiach pokoju, żeby na korytarzu było coś widać. Naturalnie, jak tylko walizka została uchylona, szczurek skoczył w kierunku światła prosto na nogi tej, co stała w drzwiach. Krzyk, nogi w górę i szczurek znów był w pokoju. Wobec tego zamieniłyśmy się – „bo ty się boisz”. Historia się powtórzyła, więc za trzecim razem, gdy już szczurek był w walizce, bezlitośnie otworzyłyśmy ją za oknem. Choć było to IV piętro, na drugi dzień nie było śladu szczurka na chodniku pod oknami. Podobno te gryzonie przy tego rodzaju okazjach pomagają sobie ogonem.

W maturalnej klasie jednym z przedmiotów była chemia z technologią. W dodatku miał to być przedmiot maturalny. Była to moja zmora (i nie tylko moja). Chemia w ogóle była dla mnie nauką tajemną, wzory chemiczne znaczyły dla mnie tyle, co plamy na ścianie i chodziłam do swojej ciotki, która w czasie wojny studiowała chemię na tajnych kompletach, aby mi rozjaśniała te tajemnice. Pamiętam, że któregoś dnia, idąc się uczyć do ciotki, zatrzymałam się przy koleżankach, które się akurat uczyły głośno czytając o pozłotkach – i potem było to jedno z moich pytań na maturze!

Chemik na szczęście przed maturą zachorował. Ponieważ chyba z pół klasy nie było jeszcze przez niego dopuszczone do matury, „Szczupak” (nasz wychowawca) ujął sprawę w swoje ręce i zrobił nam klasówkę z chemii. W czasie tej „klasówki” chodził między stołami, pytając każdego „czy umiesz to zrobić?” Chemik podobno mało apopleksji nie dostał, jak mu przynieśli te klasówki do poprawy, ale nie zdążył wyzdrowieć przed konferencją pedagogiczną i tak cała klasa do matury została dopuszczona.

Jak już pisałam, wiedzę o sztuce mieliśmy w klasie na parterze. Gdy my byliśmy w IIB, tam się uczyła IVA. Nasze przyjście tam na lekcję, zaczynało się od otwierania okien. Powstała wtedy piosenka, opisująca ten problem:

Czwarta klasa się tutaj uczyła

i okropnie nasmrodziła,

dziki smród jest wzdłuż i wszerz,

się go strzeż, się go strzeż, się go strzeż!

Jeśli chcesz się położyć w grób,

idź do czwartej, tam taki jest smród,

gdy na sztuce musimy tam być

to odechciewa się żyć!

Czwarta klasa … itd.

Śpiewaliśmy to na melodię modnej wówczas piosenki „Uśmiechnij się, a za to / w górach znów spędzimy lato / choć w górach czasem też / pada deszcz, pada deszcz, pada deszcz”.

Tak w ogóle to były dosyć ponure „czasy stalinowskie”, jak się to teraz mówi. Owszem, nie rozmawiało się o wielu rzeczach, które mogły się stać powodem do jakichś nieprzyjemności. Pamiętam, jak w czasie przerwy w rysunku maturalnym (który robiliśmy 3 dni) prof. Szczupaczkiewicz powiedział o mnie: „Jeżewska dla mnie to taka córka dziedzica – jak wyjdzie przed dwór, jak wrzaśnie na ekonoma …” Wszyscy się roześmieli, a ja wychodząc ze szkoły ze swoją przyjaciółką zastanawiałam się, co on może o mnie wiedzieć i czy nie zaszkodzi mi to w najbliższej przyszłości. Miałam bowiem poważny feler – nie należałam do ZMP. Moja przyjaciółka też nie należała, ale jej ojciec był profesorem Politechniki, więc ona się nie obawiała o swoje studia. Ja za to nadrabiałam stopniami – miałam najlepsze stopnie z klasy i spodziewałam się dyplomu „przodownika nauki i pracy społecznej”, bo we wszystkich pracach społecznych brałam zawsze czynny udział (prace polegały np. na odgruzowywaniu jakichś fragmentów wrocławskich ruin). Ale, ponieważ nie należałyśmy do ZMP, nie musiałyśmy zostawać na zebraniach, ani chodzić na różne pochody. Kiedyś w wolny dzień pojechałyśmy na wycieczkę i wracając tramwajem z dworca, zobaczyłyśmy naszą klasę wracającą z pochodu. Gdybyśmy się schowały, byłby spokój, ale nam się zachciało im pomachać, więc kolega przewodniczący ZMP poczuł się w obowiązku pogrożenia nam konsekwencjami. Ale w rezultacie skończyło się na niczym.

Ostatnie tygodnie przed maturą były pogodne i ciepłe. Dziewczęta uczyły się więc często na płaskim dachu naszego internatu, a moja współlokatorka dla rozprostowania kości przeciągała się stając na wystającym fragmencie dachu. Lekcje jeszcze trwały i nasz wychowawca grzmiał na nich: „Co wy tam wyprawiacie w tym internacie? Zamiast się uczyć, jakieś wygibasy na kominach ćwiczycie? Co to będzie na egzaminie?”

Egzamin maturalny zdawaliśmy w naszej klasie. Na pisemnym z polskiego były trzy tematy. Ja pisałam na temat konstytucji, która właśnie w tym roku została uchwalona. Drugiego tematu nie pamiętam, za to trzeci miał być porównaniem przesłania zawartego w książkach Matka Gorkiego i Stare i nowe Rudnickiego. Na 41 osób w klasie nikt go nie pisał, gdyż nie było ani jednej osoby, która by przeczytała obie książki.

Na pisemnym z matmy wielkie wzięcie miały bułki, roznoszone w czasie II śniadania. Ja to znam tylko z opowieści, bo nie potrzebowałam pomocy, ale ponoć koledzy z młodszych klas stanęli na wysokości zadania i zaangażowali odpowiednich „ekspertów”.

Po pisemnym polskim i matematyce był egzamin z rysunku, o którym już wspomniałam, a który zdawaliśmy w auli. Tematem była martwa natura składająca się z jakiejś rzeźby ustawionej na jakiejś konstrukcji i przyozdobionej jakąś draperią. Rysowaliśmy po kilka godzin dziennie przez trzy dni.

Gdy już oceniono nasze prace pisemne i rysunkowe, rozpoczął się czas egzaminów ustnych, które też odbywały się w naszej klasie. Czekaliśmy w napięciu pod drzwiami na wezwanie. Gdy weszłam do sali, posadzono mnie przed polonistą. Obok siedział wizytator z kuratorium. Pierwsze pytanie było o Sielanki Szymona Szymonowica. Zaczęłam odpowiadać, że ŻeńcyKołacze, a wizytator pyta: „a jak się zaczynają Kołacze? Ja na to, że nie wiem, bo my przerabialiśmy Żeńców. A na to wizytator: Skrzecze sroczka na płocie, jadą goście nowi, sroczka czasem omyli, czasem prawdę powie, widzi pani, już tyle lat minęło od mojej matury, a ja to wciąż pamiętam”. Ja wybuchnęłam śmiechem i powiedziałam, że ja też na pewno to zapamiętam! Podobno koledzy przed salą, którzy stawali sobie na ramionach i zaglądali do sali przez górne szyby w drzwiach, na ten widok orzekli, że ta matura chyba nie jest taka straszna, bo Wiśka ryczy ze śmiechu.

Później zdawałam wiedzę o sztuce, potem chemię z technologią, której się bałam najbardziej, ale pytania nie były zbyt trudne, a poza tym miałam trochę szczęścia, bo odpowiedź na pytanie dodatkowe odgadłam właściwie. Po technologii przyszła kolej na omówienie rysunku maturalnego

Na koniec poproszono mnie o zajęcie miejsca przed profesorem od zagadnień współczesnych. Obok niego siedziała pani – tzw. czynnik społeczny. O ile pamiętam, pierwsze pytanie dotyczyło okresu wspólnoty pierwotnej. Drugiego pytania nie pamiętam, ale dość gładko na nie odpowiedziałam, natomiast trzecie to była rewolucja październikowa. O tej rewolucji wiedziałam tyle, że wybuchła w 1917 roku i że przywódcą był Lenin. Ale w zeszycie do zagadnień mieliśmy podyktowane 5 cech imperializmu wg Lenina i 5 sprzeczności imperializmu wg Stalina (albo odwrotnie), co znakomicie nadawało się do wykucia na pamięć. Wobec tego zaczęłam rzeczowo: Rewolucja październikowa wybuchła w Rosji w 1917 roku. Jej przywódcą był Lenin. A dlaczego wybuchła właśnie tam? Bo Rosja była najsłabszym ogniwem kapitalizmu, którego cechy wymienił Lenin – i tru-tu-tu jedna za drugą – a sprzeczności określił Stalin – i jak byłam w połowie tych „sprzeczności” zachwycona pani „czynnik” przerwała mi wołając: wystarczy, wystarczy, i tak będzie piątka!

Gdy już wszyscy z naszej grupy zostali przepytani, ustawiono nas w szeregu i komisja ściskała nam dłonie. Pani „czynnik” ściskając mi dłoń zawołała z emfazą: a to nasza pani-słowiczek tak śpiewała odpowiedzi! W związku z czym nie było żadnych problemów z dyplomem „przodownika nauki i pracy społecznej” – jeden dostałam ja, a drugi otrzymał przewodniczący klasowego koła ZMP. Taki dyplom pozwalał na dostanie się na studia bez egzaminu wstępnego. Co prawda na architekturę, gdzie złożyłam papiery, trzeba było jednak zdać rysunek, ale po Liceum Plastycznym nie stanowiło to dla mnie problemu.

Wieczorem tego dnia wyjechałyśmy z przyjaciółką nad morze, na Szermiercze Mistrzostwa Polski, które w tym roku odbywały się w Gdańsku. Mnie i kilka osób z naszego Liceum wysłał klub sportowy „Unia”, raczej dla nauki (bo nie startowaliśmy), przyjaciółka pojechała do swojej rodziny. Byliśmy zakwaterowani w Hotelu Nadmorskim w Sopocie i codziennie oglądaliśmy zawody, kibicując wybranym zawodnikom. Poza tym ja z przyjaciółką zwiedzałam Gdańsk i Oliwę, a nawet wybrałyśmy się do Cetniewa, gdzie nasi czołowi szermierze przygotowywali się do Olimpiady w Helsinkach.

Po powrocie do Wrocławia wpadłyśmy w wir przygotowań do Komersu. Bal maturalny też odbywał się w naszej klasie i bawiłam się wspaniale aż do szóstej rano. Złośliwa koleżanka twierdziła, że uwodziłam naszego „kreślarza” (wykładowcę od rysunku technicznego). W rzeczywistości był on studentem Politechniki i na naszym balu czuł się równie dobrze, jak my. A że tańczyło nam się doskonale, wypiliśmy „bruderszaft” i rano odprowadził mnie i moje koleżanki do internatu.

MOJA DROGA NA ZACHÓD c.d.

Dość długo nic nie pisałam – szukałam zdjęcia, które byłoby znakomitą ilustracją moich wspomnień harcerskich. Zdjęcie to było zamieszczone na stronach miłośników ziemi ząbkowickiej i dostałam (dzięki Marylce) linki do tych stron, ale mimo wielokrotnych prób przewijania zdjęć do skutku nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Po prostu zdjęć jest tyle, że w końcu pozostają na ekranie puste kwadraty i nic się niżej nie chce wyświetlić. Przypuszczam, że one tam gdzieś są, ale pozostają niedostępne.

Na tym zdjęciu była większość naszej drużyny harcerek (w tamtych latach nie było w harcerstwie koedukacji). Była na niej nasza drużynowa dh. Szurmińska, przyboczna dh. Marysia (o ile dobrze pamiętam), dh. zastępowa i my – zwykłe harcerki. M.in. na samym froncie była Marysia, która była żydówką – wychowanką właścicieli cukierni w Rynku. Nikt jej nie próbował „nawracać”, mimo że całą drużyną chodziłyśmy do kościoła w czasie różnych uroczystości. Były moje koleżanki z klasy – Basia, Terenia i Janeczka, która niedługo potem umarła.

Ta śmierć była wielkim wstrząsem dla nas wszystkich. Była jedną z nas, szóstoklasistek. Była mała, więc siedziała w pierwszej ławce (ja siedziałam za nią, w drugiej ławce). Wtedy w szkole były ławki poniemieckie, na czworo uczniów jedna. W naszej klasie po lewej stronie siedzieli chłopcy, po prawej dziewczynki (patrząc od drzwi – od strony nauczyciela odwrotnie). I kiedyś w czasie lekcji zobaczyłam, że Janeczka nagle przechyla się na kolana siedzącej obok koleżanki – straciła przytomność. Krzyknęłam, lekcję przerwano, wezwano pomoc. Potem Janeczka była w szpitalu, ale już nie wyzdrowiała i całą drużyną odprowadzałyśmy ją na cmentarz. Bardzo żałuję, że nie mogę zamieścić tego zdjęcia – to by było jakieś upamiętnienie jej.

Harcerstwo działało po wojnie do 1948 roku. Naszą komendantką hufca była druhna Janina Pałetko. Podobno w czasie wojny była w Szarych Szeregach – starsze druhny na pewno wiedziały o Niej dużo więcej – my małe nie byłyśmy dopuszczane do wszystkich informacji. Była Ona wówczas matką dwójki małych dzieci, którymi zajmowała się jej matka. Gdy hufiec jechał na obóz, zawsze wynajmowała dla swej matki i dzieci jakiś pokój w pobliżu, żeby móc ich doglądać i równocześnie mieć pieczę nad harcerkami, powierzonymi jej opiece. Druhny funkcyjne na obozie, będące uczennicami starszych klas gimnazjum, były bardzo odpowiedzialne i były dla nas młodszych wzorcami do naśladowania.

Ja, niestety, nigdy nie byłam wzorem. Byłam roztrzepana, zapominalska i wciąż zbyt dziecinna. Dlatego pewnie nie mogłam złożyć przyrzeczenia. W 1948 roku pojechałam na obóz z nadzieją, że w końcu zasłużę na krzyż harcerski. Obóz zaczął się normalnie, zaraz na początku zdobyłam sprawność „zdobniczki” dekorując teren przed naszym namiotem, ale po tygodniu druhna Komendantka została wezwana do Komendy Chorągwi we Wrocławiu. Po Jej powrocie dowiedziałyśmy się, że tam otrzymała polecenie przeniesienia obozu na miejsce przeznaczone dla całej Chorągwi. Nasza Komendantka nie zgodziła się na to, powiedziała, że Jej dziewczęta nie będą 2 razy urządzać obozu, ale musiała obóz zlikwidować. Ustaliła razem z obozową starszyzną, że wrócimy do domu i za resztę pieniędzy pojedziemy jeszcze w czasie tych wakacji na wycieczkę do Krakowa. Na wycieczkę pojechałyśmy, owszem, była bardzo udana, ale ja znów nie mogłam złożyć przyrzeczenia. A potem się okazało, że harcerstwo zostało zlikwidowane, a dla młodzieży powołano nową organizację – Związek Młodzieży Polskiej – ZMP. Nigdy się z tym nie pogodziłam.

POCZĄTEK „BLOGA OTWARTEGO”

Witam wszystkich czytelników mojej pisaniny w Nowym 2020 Roku. Mam nadzieję, że nie będę się „obijać” i w miarę regularnie będę tu zamieszczać swoje wypowiedzi. Dziś chcę podziękować tym wszystkim, którzy tak pozytywnie zareagowali na fakt umieszczenia mego bloga na FB – ich wpisy dodały mi otuchy i przekonania, że mimo starości mogę jeszcze się na coś przydać. Chcę też podziękować memu wnukowi – Piotrkowi – który umieścił mój blog na FB jako jeden z prezentów na „Dzień Babci”.

Podobno jest takie chińskie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach”. Niewątpliwie w takich czasach żyjemy, i niewątpliwie nie jest to lekkie życie. W dodatku nie możemy się pocieszać, że „jakoś to będzie”, bo świat naokoło zwariował i wszystko zaczyna pędzić w jakimś oszalałym rytmie. Żyję wystarczająco długo, żeby widzieć rozmaite „powtórki” z czasów „słusznie minionych”, ale większość rodaków tamtych czasów nie pamięta, a to, czego się o nich dowiadują, ma się nijak do tamtej rzeczywistości. Nie wiem, czy moje wspominanie przeszłości będzie miało wpływ na cokolwiek, ale jak śpiewał niezapomniany Wojtek Młynarski „róbmy swoje, póki jeszcze ciut się chce”. Przynajmniej trzeba próbować.

MOJA DROGA NA ZACHÓD – c.d.

Właściwie powinnam już skończyć, bo przecież już jestem na tym zachodzie. Myślę jednak, że powinnam doprowadzić swoją peregrynację do Wrocławia, bo we Wrocławiu osiadłam w końcu na resztę życia. Ząbkowice były dla mnie tylko pewnym etapem.

Wielką radością dla mojej mamy był fakt przyjazdu do Ząbkowic inż. Lepszego z rodziną. Otrzymał on zadanie stworzenia urzędu geodezji dla powiatu ząbkowickiego. Naturalnie było to połączone z otrzymaniem ładnego mieszkania w kilkurodzinnym domu z ogrodem. Mama postanowiła posłać mnie na naukę gry na pianinie – pani Lepszowa była taką nauczycielką. Moja mama ładnie grała na pianinie, sama przepisywała sobie nuty, ale całe życie żałowała, że nie uczyła się grać w młodości i postanowiła uszczęśliwić mnie. Niestety, dla mnie nie było to radością, tylko uciążliwym obowiązkiem. Ale zagrałam jakiś kawałek na komisji, która przydzielała poniemieckie pianina dla uczącej się młodzieży.

Moim największym szczęściem było harcerstwo. Bardzo pilnie chodziłam na zbiórki harcerskie i zaraz w czasie pierwszych wakacji w lecie 1946 roku pojechałam na obóz harcerski. Okazało się jednak, że jestem zupełnie niedojrzała do życia obozowego. Pisałam już, że byłam wtedy mała, jak na swój wiek. Ale nie tylko to spowodowało, że umieszczono mnie w budynku z zuchami, a nie w namiotach. Po prostu miałam długie włosy, które mama codziennie zaplatała mi w warkoczyki z kokardami, a ponieważ nie ucięła mi od urodzenia ani jednego włoska, były one cienkie, jak pajęczyna. Ja sama nie potrafiłam się uczesać i komendantka musiała wyznaczyć starszą druhnę do czesania mnie. Może z powodu tych „mysich ogonków” dostałam przezwisko Mysza.

Ten mój pierwszy obóz harcerski był w Lasówce – wiosce koło Barda, które wtedy nazywało się Wartą. Do Warty chodziłyśmy w niedzielę na mszę całą drużyną. Chodziłyśmy też kąpać się w Nysie przy tamie, która była bliżej Przyłęku. O ile wiem, starsze druhny chodziły  też pomagać przy żniwach, ale nas małych nie posyłano tam. Na tym obozie była też jedna z moich koleżanek szkolnych, Basia, młodsza ode mnie o kilka miesięcy, ale ona mieszkała w namiocie, bo była wówczas wyższa ode mnie (chodziła w pierwszej czwórce), a przede wszystkim była o wiele bardziej samodzielna. Nikt jej nie musiał czesać, choć też miała długie włosy. Gdy starsze druhny szły do pomocy przy żniwach, my małe zbierałyśmy chrust, bo wieczorami zawsze były ogniska. Przy tych ogniskach uczyłyśmy się piosenek harcerskich, przedwojennych i powojennych. Śpiewałam je, nie zawsze rozumiejąc. Pamiętam np. taką:

„1.-Harcerze będą na „becukszajny”/ Krzywy, garbaty też będzie fajny/ Bo tych harcerzy jest mało tu/ Jest ich zaledwie coś koło stu./ 2.-Na becukszajny materiał lichy/ Same szpargały, same drelichy/ A tym szpargałem harcerze są/ Bo na becukszajn być bardzo chcą./ 3.-Męski narodzie, jakiś ty głupi/ Taki becukszajn każda z nas kupi/ Bo on kosztuje złoty lub dwa/ A te pieniądze każda z nas ma!”

Dziś wiem, że to było wyraźnie efektem wojny, bo becukszajny to były podobno kartki na zakupy z czasów niemieckich. Wówczas nie miałam o tym pojęcia.

 

MOJA DROGA NA ZACHÓD – c.d.

Po feriach świątecznych okazało się, że wyjedziemy z Zabrza. Mama nawiązała kontakt z ciocią Lunią, siostrą Taty i postanowiła nas zawieźć do Ząbkowic Śląskich, gdzie syn cioci, Janusz, został właścicielem poniemieckiego młyna. Pojechaliśmy pociągiem do stacji Kamieniec Ząbkowicki, gdzie mieliśmy się spotkać z Januszem. Rodzice z bratem siedzieli przy walizkach, a ja łaziłam po pomieszczeniach dworca, przyglądając się podróżnym. W pewnym momencie zobaczyłam młodego człowieka w wysokich butach i skórzanej kurtce, który wyraźnie kogoś szukał. Pobiegłam do mamy i powiedziałam, że chyba Janusz nas szuka. Rzeczywiście, jak zobaczył moich rodziców, przywitał się i zaczął zbierać nasze manatki. Wsadził nas do wynajętej dorożki, wyglądającej jak dyliżans, a sam wsiadł na motocykl, którym zawsze jeździł. (Ząbkowice leżą 9 km od Kamieńca wzdłuż linii kolejowej, drogą jest to nieco dalej.)

Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie głowa jelenia na kamieniczce przy wjeździe do starego miasta. Potem minęliśmy rynek, koło poczty opuściliśmy stare miasto i okazało się, że ciocia mieszka tuż koło stacji kolejowej. Widocznie zbyt długo trzeba by było czekać na przesiadkę, bo do Ząbkowic prowadziła boczna linia. U cioci zaczęliśmy poznawać nowe mieszkanie, zagospodarowywać się, no i w końcu musieliśmy pożegnać się z mamą, która wracała do Zabrza, żeby tam dotrwać do końca roku szkolnego.

Poszliśmy do nowej szkoły. Chyba dyrektorem był p. Tietianiec, którego syn chodził do jednej klasy z moim bratem. Do szkoły chodziliśmy bardzo chętnie, bo to było jedyne urozmaicenie w naszej sytuacji – inaczej musielibyśmy całe dnie spędzać w towarzystwie starych ludzi. Ja bardzo lubiłam się uczyć, więc szybko nadrobiłam braki i stałam się pełnoprawną członkinią klasowej społeczności. Wstąpiłam też do harcerstwa, bo moją „idolką” była Danka, córka naszych gospodarzy z Zabrza, która przed wojną była drużynową harcerek i ja bardzo chciałam być do niej podobną. Musiałam wtedy być bardzo mała, jak na swój wiek, bo zawsze chodziłam na końcu drużyny, z jednej strony ja, z drugiej moja koleżanka Terenia. Harcerstwo było moją „szkołą życia”, przede wszystkim dzięki naszej komendantce hufca, druhnie Janinie Pałetko. Wszystko to skończyło się, niestety, w 1948 roku!

Na razie nic nie zapowiadało tego, co stało się później. Mama przyjechała zaraz po zakończeniu roku szkolnego i objęła obowiązki prowadzenia księgowości w poniemieckim młynie, którego właścicielem był Janusz. Młynarzem był w dalszym ciągu p. Winter, Niemiec, poprzedni właściciel. Janusz był kimś w rodzaju menagera – załatwiał wszystkie sprawy w urzędach i gdzie było trzeba, jeżdżąc zawsze na motocyklu. Po wyjeździe pp. Winterów, chyba w 1947 roku, Janusz zatrudnił innego młynarza, a sam dalej zajmował się „ważniejszymi” sprawami. Młyn był zabytkowy, wodno-elektryczny, wszystkie urządzenia miał drewniane i cieszył się w całej okolicy sławą najlepszego przemiału. Zjeżdżali się do nas rolnicy z odległości kilkunastu kilometrów, pomimo że w mieście był młyn państwowy. Mama siedziała we młynie przy wejściu i wypisywała kwity.

Wspomniałam o szkole w Zabrzu – tam były problemy z dziećmi, które w czasie wojny nie mogły mówić po polsku. W Ząbkowicach takich problemów nie było. Tu wszyscy byli przyjezdni, tyle że z różnych stron Polski. Ja miałam za sobą tylko szkołę polską. Najpierw, w czasie okupacji niemieckiej chodziłam do szkoły żeńskiej. Po wyzwoleniu w 44 roku poszłam do szkoły koedukacyjnej – uczyliśmy się tam po polsku, ale np. była historia Rosji, język rosyjski i język ukraiński. Po przyjeździe do Polski poszłam do szkoły ośmioklasowej, ale zanim ją skończyłam była reforma i po siódmej klasie szło się do ogólniaka lub do zawodówki. Jak chodziłam do szkoły powszechnej, nie było jeszcze obowiązkowego języka rosyjskiego, w mojej klasie był angielski jako język obcy. Ale jak w 48 roku poszłam do ogólniaka, język rosyjski już był obowiązkowy, w ósmej klasie jako jedyny język obcy, w dziewiątej dołożono nam jeszcze łacinę. A po dziewiątej klasie pojechałam do Wrocławia, do liceum plastycznego i tu już żadnego języka obcego się nie uczyłam – nie dlatego, że go nie było w programie, tylko z powodu braku nauczycieli.